‚Sekret jej oczu’, bo oczy mówią wszystko.

El secreto de sus ojos to film z 2009 roku, powstał we współpracy Argentyńsko-Hiszpańskiej. Od pierwszych minut mamy coś bardzo charakterystycznego dla kina z tych rejonów, emocje. Obraz, który powinien być kryminałem i thrillerem wchodzi na całkiem nowy poziom. Akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach. 

Emerytowany prokurator cierpi na nadmiar wolnego czasu. Nie pomaga mu fakt, że od 25 lat myśli o jednej niedokończonej sprawie. Chcąc uwolnić się od swoich demonów przeszłości zaczyna pisać powieść. Ta powieść to nic innego jak odwzorowanie śledztwa, które przed laty prowadził. Dzięki temu, my widzowie, dostajemy dawkę mrocznej natury człowieka i walkę ze swoimi emocjami.

Brutalnie zgwałcona i zamordowana dziewczyna jest początkiem całej historii. Śledztwo dostaje nasz bohater, ku jego niezadowoleniu. W między czasie pojawia się nowa przełożona, od pierwszych chwil widać, że prokuratorem miotają miłosne uczucia. Przy tak trudnej sprawie, on skupia się na swoim uczuciu. Z jednej strony mamy pokazaną brutalną zbrodnię, a z drugiej kiełkujące uczucie pomiędzy dwojgiem ludzi. Może to właśnie to uczucie, pozwoliło po latach powrócić mu do sprawy i ją raz na zawsze rozwiązać, tudzież poznać prawdę.

Ważną postacią jest mąż zamordowanej. Główny wątek miłosny skupia się na nim, pomimo iż jest drugoplanową postacią. Twórcy pokazują nam co roki strata ukochanej z człowiekiem. Z pozoru wydaje się, że racjonalny mężczyzna radzi sobie ze śmiercią na swój sposób. Nic bardziej mylnego, w końcu maska zostaje zrzucona i poznajemy zemstę w postaci człowieka. Genialna kreacja.

Z dodatkowych postaci mamy pomocnika prokuratora, zapijaczony i dosyć bystry facet. Większość czasu spędza na piciu. Oczywiście popełnia wiele błędów, lecz mimo wszystko jest ważny. To on przyczynia się do złapania mordercy. Jest kolejnym typem człowieka pokazanym w filmie. Alkoholik, to jak można zniszczyć sobie życie przez picie. Ostatecznie jednak jego cnoty wychodzą na zewnątrz, choć droga do tego jest długa i wyboista. Widzimy jak człowiek w kwiecie wieku zmaga się sam ze sobą. Całkiem spektakularny widok.

Film pokazuje nam jak prawo w Argentynie kuleje. Nic dziwnego, że nagrody sypały się dla tego filmu, a w tym Oscar. Morderca, który przyznaje się do morderstwa staje się nietykalny. Wychodzi za sprawą innego prawnika. To można powiedzieć czarny charakter tej historii. Najpierw wrabia dwóch robotników, po czym mści się na prokuratorze. Tutaj mamy pokazaną bezkarną i bezlitosną osobę, lecz w tym samym momencie tak bardzo prawdziwą.

Sam morderca został znakomicie odegrany. Jego historia zaczyna się już w dzieciństwie, gdzie jego zauroczenie do ofiary tylko potęgował czas. Najmroczniejsze zakamarki ludzkiego umysłu. Złoczyńca z krwi i kości, właśnie takim morderców oczekujemy po filmach. Genialny.

Ogólnie mamy połączenie mroku i miłości. Wśród walki o sprawiedliwość główna batalia toczy się o miłość. Dzięki temu dostajemy bardzo dobre zakończenie, które zostawia nas w pewnej niepewności i możliwością dopowiedzenia sobie reszty historii. Co może urzec w tym filmie? Myślę, że to właśnie nie koncentrowanie się na akcji i kryminalnej części zagadki, lecz właśnie gra na emocjach. Wyeksponowano nam to wszystko co wokół, to co wisi w powietrzu. Pokazano nam, jak emocje targają ludźmi, co wpływa na nas i na nasze zachowanie. Dostajemy receptę na pustkę w życiu, ale również szansę na odkupienie. Co najważniejsze, myślę, że ten film pozostawia mocne wrażenia na długo po zakończonym seansie. Wszystkie oczy mówią, choć czasem powinny milczeć.

Prolog. Droga do upadku.

Czy życie naprawę powinno tak wyglądać? Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, wieku technologii. Wszyscy wokoło obwiniają postęp technologiczny za te wszystkie zaniki emocji między ludźmi. A ja mówię bzdura! Internet, telefony nie mają tu nic do rzeczy. Faktem jest, że utrudniają nam poznanie samego siebie. Ludzie chowają się za monitorem i udają kogoś kim nie są. Czy to do końca prawda? Przecież może właśnie tam mogą być sobą, anonimowi nie są wystawieni na drwiny ze strony swoich przyjaciół. Poznawanie ludzi wirtualnie jest też znacznie prostsze, ale to nie imponuje nikomu. Napisać jest łatwo, powiedzieć już mniej. Romantyzm? To przeszłość, o tym piszą w książkach. Żyjemy w wieku bez tajemnic.

Wszystko poznajemy już na pierwszej randce, jeżeli to w ogóle randka. Pójście z kimś do łóżka? To już żadna nowość, seks bez emocji to standard. Jesteśmy zepsuci, a honor i duma przestały mieć znaczenie. Kiedyś patrząc w oczy kobiecie i mówiąc, że się ją kocha to wtedy coś to znaczyło. Ludzie widzieli w swoich oczach żar i prawdziwe emocje, a teraz? Teraz to puste słowa, które służą do podrywania tych bardziej opornych. Czy życie w takich czasach ma sens? Ja szczerze to niezbyt go widzę. To nie tak, że spisałem wszystkich ludzi na straty, tylko jakieś dziewięćdziesiąt procent. Jedno nam wyszło, tolerancja weszła na nowy poziom. Kiedyś przecież facet przebierający w kobietach był nazwany kobieciarzem, a teraz dostaje szacunek jako playboy. Kobieta która pozwalała sobie na jednonocne spotkania nazywana była dziwką, a teraz to kobieta wyzwolona, singielka. W zasadzie to sami zachęcamy ich to takiego postępowania, brawo my. Które z naszych dzieci teraz marzy o posadzeniu drzewa, wybudowaniu domu i założeniu rodziny? Może jedno na dziesięć, reszta chce być jak starsi koledzy czy rodzeństwo. Życie to ma być nieustanny bal, zabawa. Oczywiście, że życie ma sprawiać nam radość i szczęście, ale niektórych pochłonęła chwila i nie myślą już trzeźwo. Ten świat jest brudny, a ludzie zepsuci. Nic tu już nie ma sensu.

Walka o władzę na tym polega życie w tych czasach. Władza w związku, w grupie czy w firmie tylko to się teraz liczy. Wady? Słabości? Nikt ich już nie pokazuje. Oczekujemy pomocy ale nie prosząc o nią. Prośby to odsłonięcie się, opuszczenie gardy, bezbronność. Dla wielu to jest oznaka słabości, ale tak naprawdę na tym polega prawdziwa siła. Nikt nie jest silniejszy od kogoś kto uznaje swoje słabości i chce pomocy, żeby z nimi sobie poradzić. Tylko poprzez upadki stajemy się silniejsi. Jednak świat o tym zapomniał.

W zasadzie każdy ma swoją historię, coś co go ukształtowało ale nikt już się nią nie dzieli. Jak chcemy tak naprawdę poznać drugą osobę, jeżeli sami siebie otaczamy murem i nikomu nie otwieramy bramy? Ja swoją bramę już dawno zamknąłem. Swojej historii już sobie nie opowiadam. Zmieniłem się, tak jak się zmienili ludzie i świat. Stare wartości już nie istnieją. Przyjaźń i miłość to handel wymienny, coś za coś. Rodziny już się nie traktuje z szacunkiem, teraz to banda nieznajomych a czasem business partnerzy.

Świat upadł, a ja razem z nim. Zamknięty krąg alkoholu, narkotyków i szybkiego seksu. Byłem w nim, spędziłem tam  zbyt dużo lat. Raniłem i byłem raniony, z czasem byłem obojętny. Nic już nie miało znaczenia. Dno. Dobrze poznałem ten poziom. Stały bywalec, rezydent, z czasem mógłbym oprowadzać po nim. Bóg? Moim był pieniądz. Diabeł? Przecież ja byłem gorszy. Nic nie ma znaczenia. Upadłem. W końcu powstanę, zmienię się, powstanę inny, gorszy.

 

Prolog, fragment książki mojego autorstwa. Praca wre.

‚Zacznijmy od nowa’, przecież każdy zasługuje na drugą szansę, prawda?

Doszedłem do wniosku, że będę dzielił się swoimi przemyśleniami na temat filmów, które wywarły na mnie tylko pozytywne wrażenie. Na te złe szkoda czasu, skoro już i tak straciłem czas na oglądanie, to po co go tracić na podróż we własnym umyśle? Co do tych dobrych, to przecież sama przyjemność móc przeżyć te same emocje, które towarzyszyły nam w czasie seansu, prawda? Prawda. Przechodzimy w takim razie do bohatera wczorajszego wieczoru, który by the way idealnie nadaje się na niedzielne popołudnie.

‚Zacznijmy od nowa’. Film można śmiało podzielić na dwie części. W scenie otwarcie poznajemy naszą główną parę bohaterów. Dziewczyna grająca w obskurnym barze swoją piosenkę i facet borykający się ze swoimi problemami, który podziwia artystkę. No i zaczyna się pierwsza połowa filmu, poznajemy dwie odrębne historie. Obie są dosyć dramatyczne, choć nie są pokazane dosłownie w taki sposób. I to te wydarzenia pokazują nam, jak ta dwójka znalazła się w tym barze, dokładnie tego dnia. To jest moment gdzie oboje dostają od siebie drugą szansę. Nieznajomi wcześniej, którzy przyszli sobie na ratunek.

Mark Ruffalo w roli alkoholika, upadłego producenta muzycznego. Traci swoją wytwórnię, córka i jego ex żona praktycznie go nienawidzą, więc pozostało mu iść do baru i się zalać w trupa. Na scenie pojawia się Keira Knightley, zjawiskowa dziewczyna, która cierpi po rozstaniu. Przyznam szczerze, pomimo jej niezaprzeczalnej urody zawsze mnie irytował (m.in. w Piratach z Karaibów). To jest film, który zmienił moje spojrzenie na nią. W jej historii poznajemy byłego partnera. Typowy nerd na początku, który zabłysnął jako artysta. Zmienił się w ‚drania’ i ją zdradza, ona odchodzi. Dzień przed swoim powrotem do rodzinnego miasta, idzie do baru. Tam znajomy popycha ją na scenę, a ona śpiewa. I to jak śpiewa! Druga część filmu jest nieco cukierkowa. Pomimo kilku zgrzytów między artystką a producentem. Koniec końców udaje im się nagrać album. W całym procesie oboje bohaterów zbliża się do siebie. Oboje są nękani duchami ze swoich przeszłości. Mimo wszystko znajdują wspólny język i spędzają ze sobą magiczne chwile. Nie da się ukryć, że każdy widz będzie im kibicował. Wszyscy będziemy czekać, aż oboje skończą trzymając się za ręce i patrząc w stronę zachodzącego słońca. Romantyczna wizja, prawda? Nic z tego, reżyser miał zupełnie inny plan. Zaskakujący, trochę wręcz rozczarowuje, ale sam w sobie nie jest taki zły. Film zdecydowanie ogląda się gładko i z uśmiechem.

Co do naszych aktorów. Oboje pokazali klasę, choć skłaniam się w stronę Marka. Świetnie pokazuje z czym może zmagać się facet na dnie. Nasza piękna Brytyjka pokazał się z silnej i bardzo dojrzałej strony, co zdecydowanie uzupełnia fakt jej urody. Tego mi u niej zawsze brakowało, dopełnienia. Reżyser wyciągnął z tej dwójki wszystko to co najlepsze. Nie oczekujcie tutaj zbyt ambitnego kina, choć nie jest to denna historia. Mamy uwierzyć w drugą szansę, wiecie co? Wierzymy. Całą produkcje uzupełnia świetna ścieżka dźwiękowa. Żyjemy w czasach gdzie muzyka osiągnęła zadziwiająco niski poziom. Tutaj dostajemy muzyki, która pobudza emocje, którą można przeżywać a nie tylko słyszeć. To są utwory w które chcemy się wsłuchiwać, o których będziemy długo pamiętać. To chyba muzyka tutaj jest głównym bohaterem. Film mógłby być momentami lepszy, bardziej dramatyczny, ale nie ma tego złego. Wszystko ostatecznie jest dobrze wyważone. Dostaliśmy dawkę emocji, dobrej gry aktorskiej i solidną historię.

Polecam, oczywiście polecam. Ten film wzbudził we mnie ciekawość. W szczególności Kiera Knightley sprawiła, że chcę poznać jej wszystkie kreacje. Do filmu trzeba podejść z minimalnym dystansem, a wtedy nie jesteśmy w stanie się zawieść. Ocena jaką otrzymał to 8/10 z serduszkiem, dlaczego? Sam nie wiem, wydaję się być solidną 7. Może to wszystko przez to, że kiedyś irytując aktorka, stała się dla mnie kimś bardziej interesującym. A może to wszystko przez muzykę, sam nie wiem. Wiem natomiast to, że warto go obejrzeć. To jedno wiem na pewno.

Zwierzęta nocy, czyli jak mrok staje się atrakcyjny i pociągający.

Od premiery filmy minęły cztery miesiące, w końcu udało mi się go zobaczyć. Nie ukrywam, że był to film na który najbardziej czekał w minionym roku. Zwiastun był idealnie wyważony, nie zdradzał nam zbyt wiele, ale wystarczająco by zachęcić. Od razu uprzedzam, że ten film aż prosi się o obejrzenie w nocy. Nie zawodzi. To jest produkcja do której będę wracał kilkakrotnie, jeden z tych filmów, których nie wyrzuca się z pamięci. Może nie odniósł kasowego sukcesu, ale w czasach superbohaterów mnie to nie dziwi. Treść broni się sama i zjada fabuły większości produkcji tego roku.

Na pierwszy ogień omówmy scenariusz. Historia opowiedziana jest na trzech płaszczyznach. Światy realny, fikcyjny i przeszłość. Oczywiście wszystko kręci się wokół Susan Morrow, w tej roli mamy Amy Adams. Kobieta otrzymuje manuskrypt od byłego męża. Film skupia się na jej emocjach, na tym jak ona reaguje na każdą stronę brutalnej historii. Poznajemy jej problemy małżeńskie, a w pewnym momencie wyczuwamy żal. Bohaterka jest nieszczęśliwa, wydaje się, że chciałaby wrócić do swojego życia z pierwszym mężem. Czytając książkę, która jest jej zadedykowana, kobieta wspomina życie z artystą. Reżyserem świetnie balansuje na granicy wspomnień, teraźniejszości i historii opowiedzianej przez pisarza. Wspomnienia Susan pokazują nam jakim człowiekiem był Edward Sheffield. Ich związek, który zaczął się od wspólnej fascynacji, szybko zgasł. Fikcyjna opowieść jest brutalna i pełna mroku. Zaczyna się dosyć przeciętnie, ale z każdą minutą jesteśmy karmieni dramatem. Nie chcę przedstawiać wszystkich wydarzeń, bo odebrałbym wam całą przyjemność z obejrzenia jej. Powiem tylko, że przeżywamy tą historię razem z Susan. Idealnie wybrane momenty, w których czytelniczka musi odpocząć od książki, idealnie budują napięcie. Śmiało mogę potwierdzić dreszcze towarzyszące tej opowieści. Nic jednak nie może się równać z ostatnią sceną. Takiego zakończenia się nie spodziewałem. W jednym ze wspomnień mamy pokazane jedno ważne wydarzenie z życia byłego małżeństwa. To co zostaje nam pokazane jest równocześnie powodem dedykacji. Susan tak bardzo przeżywa tą książkę nie dlatego, że jest tak bardzo brutalna, ale  dlatego, że znajdują się tam odwołania do jej życia. Nie możemy traktować tego dosłownie, jednak są bardzo wyraźne.

Przejdźmy do aktorów. Amy Adams gra dosyć drętwo, ale udaje się jej pokazać emocje wręcz perfekcyjnie. Ta kobieta zna się na rzeczy, choć ma jeszcze co poprawiać. Jej wystąpienie jest na równym poziomie, mimo widocznych wad, ona ma coś w sobie. Jest przepiękna, choć z chłodną urodą. Może właśnie dlatego, że jest niedoskonała tak dobrze wpasowała się w swoją rolę. Nie wiem jak to zrobiła, ale wysunęła się u mnie na pierwsze miejsce. Amy ma coś w sobie, coś, czego nie można zignorować. Niestety ten film to spektakl trzech aktorów. Michael Shannon i Aaron Taylor-Johnson grają drugoplanowe role. Oboje wypadli znakomicie. Pierwszy gra policjanta, który wymierzanie sprawiedliwości bierze dosyć dosłownie. Nie byłem jego fanem, ale po jego wystąpieniu zmieniam zdanie. Świetnie pokazał nam jak zmienia się jego bohater. Drugi z drugoplanowców zrobił coś nieprawdopodobnego. Zobaczyliśmy idealny czarny charakter. Postać nie ewoluowała, żadnych zmiana w osobowości. Wydaję mi się, że właśnie brak zmian w postaci były dużym wyzwaniem. Wyzwanie które Aaron świetnie wypełnił. Ewidentnym królem opowieści jest Jake Gyllenhaal. Ma podwójną rolę. Jako były mąż Susan i główny bohater opowieści ze swojej książki, a raczej jego bohatera książki. To właśnie jako ten drugi pokazuje nam o co w aktorstwie tak naprawdę chodzi. Mówimy o emocjach w tym filmie? To wszystkie funduje nam właśnie ten pan. Nawet jeśli fabuła was nie zachęca to występ tego aktora powinien. To połączenie bólu, szaleństwa i żalu w jednej osobie. Poczucie winy, które zjada jego bohatera. Jako były mąż przedstawia nam nie tuzinkowego mężczyznę, któremu Amy po prostu nie mogła się oprzeć. W historii kina, ludzie dostają Oscary za przeciętne role. Tutaj nominacji nie było, ale Jake zdecydowanie zasłużył na statuetkę.

Podsumowując, ten film może nie jest dla każdego, ale raczej każdy powinien się z nim zapoznać. W tej historii płynie o wiele głębsze przesłanie, niż sądziliśmy. Przesłanie, które sami musicie poznać. Fabuła jest świetna. Można doszukać się kilku małych wad, ale nie wpływają one na historię. Aktorzy zrobili świetną robotę, a dla reżysera czapki z głów. Klimat jest wręcz namacalny. Polecam, po stokroć polecam. Nie gwarantuję, że każdemu się spodoba. W końcu żyjemy w czasach gdzie efekty liczą się bardziej od występu. Wiek formy nad treścią. Zwierzęta nocy to wspaniały kandydat do walki o lepsze kino i lepszych widzów. Po obejrzeniu go kilka osób może zrozumieć na czym polega sztuka, a reszta zhejtuje i wróci do CGI. Nie jestem przeciwnikiem kina akcji/blockbusterów, ale na koniec dnia to filmy w stylu ‚Zwierzęta Nocy’ najbardziej się liczą. Na filmwebie zasłużył na 10/10 z serduszkiem. Tak naprawdę żaden film nie jest dychą, ale jeśli któryś jest bliski to właśnie ten.

Zostać widzem swojej własnej historii.

Czasem wszystko obiera złą drogę. Nie byle jaką drogę, tylko tą najgorszą. Nic nie jest tak jako powinno, cokolwiek mogło się zepsuć to się zepsuło. Kolokwialnie to wszystko się pierdoli. Każdy tak ma, przecież wszystko nie może się po prostu ułożyć. To by było zbyt łatwe i nie docenilibyśmy tego. Dlatego w naszej naturze leży psucie. Nikt nie robi tego bo lubi mieć pod górkę, tak zostaliśmy zbudowani. Pracujemy, odnosimy sukces, psujemy i pracujemy dalej. Shit. Życie jest męczące. Życie byłoby prostsze, jest prostsze dla tych nieumiejących żyć. Czasami chciałoby się tak usiąść z boku i obserwować swoje życie. Zostać widzem swojego spektaklu. Zobaczyć jak wszystko się sypie. Być swoim fanem. Siadać za każdym razem, gdy coś się dzieje i patrzeć. Podziwiać jak piękny może być upadek, jak w destrukcji swojego życia, można odnaleźć spokój. Oczywiście, jako aktor pierwszoplanowy w dramacie można by się tym wszystkim przytłoczyć. Życie. Spektakl z kiepskim reżyserem, jeszcze gorszą obsadą. Aktorzy przychodzą i odchodzą. My nie możemy pozwolić odebrać sobie głównej roli. Chcą nam ją odebrać. Każdy chce byśmy stawali się ich statystami. Pozwolimy na to i zmieniamy spektakl. Później oni odchodzą, a my zostajemy statystami bez żadnej roli. Wypalamy się. Z każdym dniem wypalamy się coraz bardziej. Wszystko się sypie, bo ktoś z charyzmą nas zmienił. Zmienił naszą drogę, nasze miejsce. Pozwoliliśmy mu na odebranie samego siebie. Z perspektywy widza, byłaby to wspaniała historia, dramatyczna, jest w niej coś teatralnego. Będąc w samym centrum wydarzeń, umieramy po trochu. Jako główny bohater nie zauważymy wszystkiego, ale jako widz widzimy każdą intrygę. Rozedrą nas kawałek po kawałeczku, chyba, że się zatrzymamy w tym biegu po życie i spojrzymy na wszystko z boku. Nauczmy się oceniać chłodnym spojrzeniem. Zapamiętajmy, że w gonitwie po szczęście nie możemy zatracić samych siebie. Na samym końcu tylko to nam pozostaje. To nadal jest prosta bitwa i prosty film. To ja kontra świat, jeśli ja to nadal ja.

Perfect world – świat w którym żyli długo i szczęśliwie.

Nie masz czasem wrażenia, że to nie powinno tak wyglądać? Ten świat powinien być inny, bardziej przyjazny dla nas. Tu nie spotkało nas nic dobrego, a tam do góry nikt nam nie kibicował. Gdybyśmy mieli, choć odrobinę więcej szczęścia, tylko odrobinę, to dzisiejszy wieczór spędzalibyśmy razem. W idealnym świecie wystarczyłoby jedno spojrzenie w tłumie i byśmy znaleźli do siebie drogę. W barze, kawiarni, na ulicy czy w pociągu, spojrzałabyś na mnie i ja bym już wiedział, że tylko Ty się liczysz. To nie jest idealny świat. Nasze drogi, które pierwotnie powinny się przeciąć i stworzyć jedną, rozchodzą się coraz dalej od siebie. Napotykamy wiele trudności, część wywołujemy sami przez nasze błędy, a część tak po prostu gotuje nam los. W takim momencie coś co wydawało się proste, uczucie do Ciebie, już nie jest takie proste. Czy to tak powinno wyglądać? Przecież, to powinno być prostsze, a dlaczego jest tak cholernie trudne? Może powinienem zapomnieć, ale za cholerę nie umiem. Jesteśmy dla siebie toksyczni, pod każdym względem. Kurczowo trzymamy się wizji wspólnego życia, a strach nie pozwala nam od siebie odejść. Ten sam strach nie pozwala nam stworzyć czegoś co kiedyś mogło być piękne, a teraz? Teraz, nie jestem taki pewien. Czekaliśmy zbyt długo, nie odważyliśmy się na najtrudniejszy krok i zawisnęliśmy w próżni. W iluzji pięknego świata, w którym stworzylibyśmy parę. Ten świat nie istnieje, co gorsza, nigdy nie istniał. Stworzyliśmy sobie wyobrażenie, które nas przytłoczyło i teraz nie mamy nic. Zostaliśmy sami, dla nas jest już za późno. Jesteśmy na przegranej pozycji, bo nie wyrwiemy się ze swoich szponów, ale nigdy nie będziemy tak naprawdę razem. Wpadliśmy we własną pułapkę. Czy to była miłość? Nie mam pojęcia, miłość z zasady jest czysta, a to co my mamy nie jest czyste. Zjada nas od środka i nie funkcjonujemy już normalnie. To nie mogła być miłość, a jeśli była, to poznaliśmy drugą stronę monety, tą ciemną. Przyznaje była atrakcyjna, ale zniszczyła każdy przejaw dobroci jaki mieliśmy. Nie umieliśmy się obejść z czymś tak wspaniałym i zobacz co z nami zrobiła. Zamiast stać się lepszymi, zniszczyliśmy wszystko. Nie jestem pewny, czy dobrze się stało, że wtedy zaczęliśmy rozmawiać. Kusi mnie wizja świata bez Ciebie. Wiem, że Ciebie kusi wizja świata beze mnie. Mimo wszystko, jesteśmy zbyt słabi, żeby zacząć żyć bez siebie, tak samo z sobą. Uzależniliśmy się od siebie i teraz, nawet gdybyśmy mieli okazję zostawić to wszystko za sobą, nie zrobimy tego. Doszliśmy do punktu, gdzie umarła nadzieja a nam została tylko żałość. Zadajemy sobie ból na własne życzenie, a wystarczyłoby tylko odejść. Odwrócić się i odejść. Chciałbym, żebyś pozwoliła mi raz na zawsze odejść i zapomnieć. Żartowałem, chwyć mnie za rękę i zatrzymaj. Powiedz, że stworzymy swój własny idealny świat, a to wszystko co się zdarzyło nie ma znaczenia. Powiedz, że nie jest za późno, że wszystko się jakoś ułoży. Gdy będę chciał odejść, zatrzymał mnie. Wyrwij kartkę z naszej historii i zacznijmy tworzyć nową, lepszą. Chwyć mnie za rękę, jestem gotów.

Hannibal.

Pamiętam, że kiedy mój brat zaczął oglądać Hannibala nie byłem przekonany do tego serialu, nie mogłem się bardziej pomylić. Z drugiej strony cieszę się, że dopiero teraz go zobaczyłem, może gdybym wtedy się zdecydował to by nie wywarł na mnie takiego wpływu. Do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć, albo przynajmniej zapoznać się z nimi w odpowiednim momencie swojego życia. To był bardzo odpowiedni moment, biorąc pod uwagę nieodparty urok kryminałów z nutką psychodelicznego postrzegania rzeczywistości, nie mogłem się oprzeć. Z serialem zderzyłem się przez filmowe pierwowzory, po odświeżeniu sobie historii z wielkiego ekranu i wspaniałej kreacji Anthony’ego Hopkinsa, musiałem sięgnąć po serial o którym było głośno. Poza historią (która w Czerwonym Smoku była okrojona) film i serial mają jedną rzecz wspólną, wspaniały popis umiejętności aktorskich amatora ludzkiego mięsa. Mads Mikkelsen był genialny w swojej kreacji, zupełnie jak Anthony Hopkins, mimo iż to była ta sama postać, pokazano nam ją w dwóch skrajnie różnych kreacjach. Tutaj kończy się równy poziom, każda inna postać z filmu wypada blado przy aktorach z serialu. Laurence Fishburne jako Jack Crawford, świetny wybór, filmowy pierwowzór był niewyraźny i nie zapadł w pamięć. Tu nasz agent specjalny jest mądry i błyskotliwy, nieufny i manipuluje swoim podopiecznym. Pomimo jego wątpliwej moralności wzbudzał sympatię, był badassem, co można było zauważyć w prowadzonych przez niego dialogach i pojedynkach z głównym złoczyńcą. Można by pokusić się o przypisanie mu łatki oportunisty, ‚po trupach do celu’ tak można go streścić. Serial zakończył się po 3 sezonach, co bardzo rozczarowuje, zwłaszcza po finalnym odcinku. Nie ma naszej uwielbianej z Milczenia Owiec Clarice, szkoda, bardzo jestem ciekaw jaki twórcy serialu mieliby dla niej pomysł. Zanim przejdę do naszych głównych artystów, powiem kilka słów o drugoplanowych postaciach. Dyrektor szpitalu psychiatrycznego Frederick Chilton, bardzo ciekawy pomysł na tą postać, w filmie go nie poznaliśmy zbyt dobrze i jest to zrozumiałe, nie jest w cale taki ważny. W serialu uchylono nam rąbka jego tajemnicy, jego fascynacji swoim najważniejszym pacjentem. Paradoksalnie w serialu nie dostał zaszczytu diagnozowania Hannibala. Aktor odwalił kawał dobrej roboty, postaci nie da się polubić i wręcz cieszymy się z każdego poniżenia jakie doznaje. Freddie Lounds, Alana Bloom i Abigail Hoobes  ta trójka jest zdecydowanie bardzo ważna, odcisnęły swoje piętno na naszej honorowej dwójce głównych bohaterów. Każda aktorka dała nam zupełnie inną kobietę pełną wdzięku. Zacznijmy od Abigail, poznajemy ją w nietypowych okolicznościach i nasza pierwsza myśl, ona tu długo nie zbawi, ale to taki straszny błąd. Jest kluczową postacią dla Willa Grahama, może nawet i najważniejszą, jest narzędziem Lectera i to nie do końca niewinny, ale kreacja którą sprzedała nam Kacey Rohl jest wręcz wspaniała. Pełna emocji, a mimo to zdolna do manipulacji. Niebezpieczna kobieta. Alana Bloom jest irytująca, w pierwszym sezonie można nawet życzyć jej śmierci, a pomimo jej urody nie możemy na nią patrzeć. Przyznam się, że aktorka była spisana przeze mnie na stratę, ale drugi i trzeci sezon to koncert tej pani. Jej postać ewoluuje, tak bardzo, że aż bałem się o nią zawsze gdy była z Hannibalem, a on złożył jej obietnice (które zawsze dotrzymuje). Niestety nie dane nam jest zobaczyć jak by została ów obietnica wypełniona. Pani Freddie Lounds spełnia swoją rolę, jest manipulantką i pałamy do niej coraz większą niechęcią z każdym nowym odcinkiem, to się nie zmienia.

Czas na danie główne. Will Graham i Hannibal Lecter, cóż za romans tych panów. Edward Norton  wypadł słabo, był niewyraźny i irytujący, może to wina scenariusza ale po dużym ekranie spodziewamy się znacznie lepszej formy. To tyle o filmie, bo pan Hopkins jest nieskazitelny i nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Ciężko wyczuć kto jest ważniejszy, ale to dobrze, bo obydwoje grają tutaj główną rolę. Nie byłoby takiego Lectera bez Grahama, a Graham by nie istniał bez Lectera. Oboje tworzą główną rolę. Hannibal w tej roli Mads Mikkelsen  jest gentlemanem z najwyższej półki, ma świetny gust, jest wszechstronnie uzdolniony i jest pełen pasji. Mamy tutaj socjopatę bez emocji, do czasu gdy poznaje Willa. Początkowo relacja psychiatra i pacjent, później adoracja i zainteresowanie z obu stron. To co robi Hannibal robi dla swojej zabawy i z ciekawości. Hugh Dancy jako Will pokazał nam genialnego profilera, błyskotliwy i pełny niebezpiecznych drzwi w umyśle, które tak bardzo chce mieć zamknięte, a zostają otwierane przez doktora. Ewolucja tych postaci jest fascynująca. Twórcy serialu świetnie balansują na granicy absurdy i zdrowego rozsądku, mamy pokazane wizje, które nadają świetnego klimatu, pomimo iż wiemy, że nie są prawdziwe, jednak postacie są tak świetnie przedstawione, że wierzymy to iż dla nich są prawdziwe. Warto wspomnieć o Wielkim Czerwonym Smoku, jest ciekawie przedstawiony i nawet wzbudza naszą sympatię, w pewnym momencie nawet mu kibicujemy. Jego fascynacja Lecterem i Grahamem jest niebezpieczna, w ich relacji nie ma miejsca na trzeciego adoratora. Aktor wypadł nieźle, natomiast sama postać jest przereklamowana i nie jest na takim poziomie co Hannibal, chociaż chciałby być. I właśnie ta chęć została przez aktora dobrze wyeksponowana.

Ewidentną siła serialu są dialogi. Rozmowy między bohaterami pozwalają nam na odkrywanie zakamarków ludzkiego umysły, zwłaszcza te pomiędzy dwójką drogich przyjaciół, którymi stali się Will i Hannibal. Praktycznie każda scena w której jest Mads i Hugh jest przez nich zawładnięta, budowane stopniowo napięcie karze nam oczekiwać kulminacji. Nie zawsze ona następuje. Finalny odcinek pozostawia nas zawieszonych przez kilka dobrych minut. Z jednej strony ubolewam nad tym, że nie dostałem wyraźnego zakończenia, sprawia to, że czuję się niepełny. Uczucie pustki, której już nic nie wypełni. Z drugiej strony ostatnia scena daje nam szansę na rozwinięcie mocy naszej wyobraźni. Teraz historia nie jest zamknięta i bohaterowie mogą żyć z nami przez cały życie, jeśli odważymy się na to. Nie wiem czy takie było zamierzenie twórców, czy serial został anulowany, tak czy tak, kończąc ten serial nie da się być w pełni zadowolonym. Mimo wszystko to pozycja, która jest obowiązkowa dla mnie, będzie odświeżana co jakiś czas. Jeżeli myśleliście, że relacje między kobietami są pogmatwane, to ta przyjaźń męska wam pokaże jak bardzo się mylicie. Serial na pewno zasługuje na uwagę, chociażby dla samych aktorów, a historii już na pewno. Gwarantuję, że po obejrzeniu tej produkcji inaczej spojrzycie na muzykę klasyczną i maniery, a już na pewno na kuchnię. Serial daje nam to co najlepsze z dreszczowca, kryminału i dramatu psychologicznego. Nie gwarantuję, że da się go łatwo zrozumieć, a sięgając po niego, robicie to na swoją własną odpowiedzialność. Na mnie zrobił świetne wrażenie i pozostawił po sobie znacznie więcej, niż klika wieczorów seansu.

Egoista, czy to źle?

Coraz częściej wydaje mi się, że ludzie zbyt dużo chcą nieść na barkach. Złudnie przekonują się, że tak powinno być, że to od nich wszystko zależy. Spoko, ja też tak czasami mam, ale prawda choć dla wielu bolesna jest taka, że świat bez nas dalej będzie się kręcił. Mamy tak bardzo znikomy wpływ na to co się dzieje globalnie, że nie ma powodu zrzucać na siebie tak wielkiej odpowiedzialności. Nie mówię tu o ucieczce od tych ważnych spraw dla danej jednostki, ale zaprzątamy głowy sprawami na które naprawdę nie mamy wpływy, tylko po co to robimy? Prawdopodobnie to chęć odejścia od tego co nas dotyka bezpośrednio, a to wydaje się być dosyć toksyczne. Oczywiście, że ambicja jest jak najbardziej przydatna, ale nie ma sensu popadać w obsesję. Zdrowy tryb życia, wszystko z umiarem. Czasami jedyną receptą na spokój i szczęście, jest stary dobry egoizm. Nie mówię o epidemii, żeby dać mu sobą zawładnąć, przecież fajnie jest czynić dobrze innym (yup, zamierzona gra słowna). Logika mi podpowiada, że jeżeli nie zadbamy o swoje szczęście to jak mamy niby dać szczęście innym, przecież nie posiadamy nawet swojego. Nie ma co się starać zbyt mocno, robić coś na siłę bo tak będzie fajnie lub ktoś tego oczekuje, to jest takie nieatrakcyjne. Nie da się pominąć też fakty, że ludzie mają w nawyku biec po coś dla innych, oczywiście orientujemy się dopiero na końcu. Studia, awans, cokolwiek, rzucamy się w wir pracy tylko po to, żeby zrozumieć na końcu, że w sumie nie chciałem tego studiować, albo nie lubię tej pracy, ale robiłem to bo wszyscy patrzyli, oceniali. A wiecie co? Świat się nie zawali bez kolejnego magistra, czy pracownika w tym konkretnym polu. Jest wielu innych, którzy robią to co Ty bo tego chcą, a Ty czego chcesz? Egoizm (umiarkowany) jest jedną z najważniejszych cech, które powinniśmy pielęgnować i eksponować, nie bójmy się robić czegoś tylko dla siebie. Skoro świat może być egoistyczny, to czemu my nie możemy?
Peace!

Miłość?

Siedzę przed pustą kartką, mam wiele do powiedzenia ale tak mało do napisania. Wszystko co chciałem CI powiedzieć tak szybko ulatuje, tak szybko ja te procenty które dzisiaj zamgliły mój osąd. Widzę przed sobą zapełnioną szklankę Jackiem Danielsem ale moje uczucia są tak bardzo puste. Czy umiałbym żyć bez Ciebie? Jestem pewien, że nie, nawet jeśli nie jest nam dane żyć ze sobą. Jesteś tym co mnie trzyma w jednym kawałku, bez Ciebie nie jestem w stanie być sobą, tworzę te osobowości które mają być odzwierciedleniem mnie ale nie są mną. To Ty jesteś mną, to Ty mnie mnie spajasz, to bez Ciebie nie ma mnie. Mógłbym wiele, sam mógłbym zwojować świat, ale ten świat jest gówno warty bez Ciebie. Czy jestem gotów dorosnąć? Nie, na pewno nie dorosnę bez Ciebie. Czy jestem gotów na to co mnie czeka? Nie, wszystko wydaje się być straszne i skomplikowane. Jestem sam i to ja sam siebie na to skazałem. Mogłem być szczery, mogłem Ci powiedzieć co czuję, ale wolałem otoczyć się murem sarkazmu i żartów. Wiedziałem czego oczekuje, wiedziałem kim chciałaś żebym był. Byłem gotowy, stać się tym kim chciałaś ale to było tak kuresko trudne, tak kurwa w Twoim typie. Jedna zmiana i byłbym Twoim księciem, ale wolałem odejść, wolałem pozostać sobą. Tak bardzo teraz nienawidzę tej osoby, którą się stałem. Chciałem być Tobą i chciałem, żebyś Ty była mną. Chciałem, żebyś była ze mnie dumna. Nie ważne co osiągnąłem, to może być sukces jak się patrzy z bok. Jednak… To żaden sukces, jeśli osoba która trzyma Ciebie w jednym kawałku nie może na Ciebie spojrzeć. Nie jestem dobry, nigdy nie byłem. Kurwa. Teraz czuję tak bardzo zły, jak nigdy nikt nie był. Jakby sam diabeł przemawiał przeze mnie, zawstydzam go. Odepchnąłem jedyną osobę która widziała we mnie coś więcej, widziałaś we mnie dobro. Nie mam go w sobie, ale Ty wierzyłaś, że gdzieś głęboko gdzieś jest. Zawiodłem. Pokazałem światu, że to on miał rację, że nie jestem kimś za kogo mnie masz. Nie jestem dobry, nigdy nie byłem, chociaż miałem potencjał. Zniszczyłem go, to strach. Strach przed byciem szczęśliwym. Wolałem pozostać w cieniu, w ciemności. Użalanie się nad sobą jest tak kurwa proste. Lubię gdy życie jest proste. Ty jesteś komplikacją. Odchodzę. Takie moje życie, życie w udręce. Nie zasługuje na Ciebie. Zasłużyłem na każde gówno, które wylewa się na mnie. Na każdą klęskę, na każde komplikacje, na każde gówno, na to wszystko zasługuję, ale nie zasługuję na Ciebie. A Ty nie zasłużyłaś na to co Cię czeka ze mną, zasługujesz na wszystko co najlepsze, ale tym najlepszym nie jestem ja. Odejdź pomimo tego jakie uczucia nami targają. Odejdź, pomimo tego, że chcę Cię zatrzymać, odejdź. Odejdź, bo nie dam Ci nic prócz rozpaczy, odejdź, jestem nikim. Jestem nikim, a beze mnie Ty staniesz się kimś wielkim, jesteś wielka. Odejdź, bo kurwa nie wybaczę sobie, że zmarnowałem Ci życie. Odejdź, jestem samolubem, ale jeśli mnie kocha to odejdziesz. Ja Cię kocham, tak kurwa bardzo, że nie pozwolę Ci się zatracić w tym co ja reprezentuje. Jestem nikim bez Ciebie, ale z Tobą, co najgorsze sprawię, że Ty staniesz się nikim. Bądź sobą z dala ode mnie, bądź wielką i nigdy więcej o mnie nie myśl, chociaż ja będę myślał o Tobie codziennie. Jestem romantykiem, ale to nie wystarczy, zasługujesz na szczęście, a ja tego Ci nie dam. Odejdź, bądź sobą. Odejdź.

 

Fragment mojej książki ‚Zderzenie rzeczywistości’.

Damian J. Pozdrawiam.

Kontrola.

Zawsze myślałem, że nad swoim życiem tylko ja mam kontrolę. Nie mogłem się bardziej pomylić. Jest wiele sytuacji, kiedy nie mamy kontroli. To jest najgorsze uczucie jakie mogłem mieć, uczucie bezsilności. Czas kiedy, wszystko zależy od zupełnie kogoś innego. Robisz wszystko co mógłbyś zrobić, a ostatecznie decyzja ląduje w innych rękach. Czas zwalnia i czekasz na odpowiedź, działanie tej osoby. Wszystko to na co pracujesz ląduje poza Twoim zasięgiem. Oczywiście, z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Co jeśli nie chcesz szukać innego wyjścia i chcesz, żeby ona zadecydowała tak jak Ty chcesz. Tak jak Ty tego potrzebujesz. Wcześniej myślałem, że życie samo się ułoży, na szczęście wyrosłem z tego. Nie pokładam nadziei w los, co może byłoby znacznie mądrzejsze, pokładam je w ludzi. Nie wszystkich, ale w tych odpowiednich, przynajmniej tak myślę. Ludzie zawodzą, to wiemy nie od dziś, wtedy musimy przełknąć porażkę i zacząć od nowa. A co jeśli nie zawodzą? Co jeśli dostajesz wszystko to czego pragniesz? Czujesz się spełniony? Nie wiem jak was, ale wizja posiadania wszystkiego mnie przeraża. Gdy odnosisz sukces, masz do stracenie znacznie więcej niż wcześniej. Porażka wcale nie jest taka straszna, to właśnie sukces ‚scares the hell outta me’. Jest oczywiście droga, w której nie ufasz, wszystko spoczywa na Tobie i nie musisz się bać, że ktoś Cię zawiedzie. Tylko, że ta droga brzmi jak samotność. A kto chce być samotny? Pomijając, że przyjaciół poznajesz po tym jak znoszą Twój sukces, to chyba właśnie błędy stwarzają te unikalne więzi, które mogą trwać całe życie.

Podsumowując, pomimo strachu przed sukcesem to chce go odnosić i chcę później błądzić. Chcę się uczyć na błędach i wykorzystywać to do lepszych decyzji. Chcę przeżyć życie które nie jest doskonałe, pełne złych wyborów i naprawianych błędów. Żadna droga nie jest prosta, ale nawet jeśli z niej zboczymy, warto przezwyciężyć paraliżujące uczucie i wrócić na właściwy tor. Życie z definicji nie może być łatwe, nic w życiu nie powinno być proste.

 

Piosenka na dziś:

Michael Malarkey – Dancing In The Grey.